Rowerem wokół Tatr28–29 kwietnia 2012

Dzień 1 (sobota, 28 kwietnia 2012)

Pobudka o 6:00 ale tylko w teorii… tak naprawdę dawałem sobie „jeszcze 5 minut”, z których zrobiła się prawie godzina. A gdy zwlekłem się z łóżka, spakowałem resztę rzeczy, zjadłem śniadanie, było już koło 8:30, wtedy też wyruszyłem w drogę. Dokładniej w stronę przejścia granicznego Piwniczna-Zdrój — Mniszek nad Popradem. Po 37 km od domu przywitała mnie tabliczka z informacją, że jestem na terenie Słowacji. Później, po przejechaniu dalej ~20 km w głąb kraju, dostałem 7 wiadomości SMS o kosztach i promocjach związanych z rozmowami w roamingu, co również przypomniało mi, że w Polsce już nie jestem.

Droga z nachyleniem 12% (przynajmniej według znaku), na rowerze ~20 kg bagażu, bezchmurne niebo i pięknie dopiekające słońce, można by powiedzieć, że temperatura odczuwalna wynosiła około 40°C. Mimo tego nie prowadziłem roweru, a jechałem na upartego. Góra górą, ale gdy już się na nią wyjedzie potem jest w dół, w dodatku widać niezłą panoramę okolicy, więc raczej się opłaca.

O godzinie około wpół do pierwszej po południu, zrobiłem sobie krótką przerwę, aby uzupełnić energię. Następnie za miejscowością Biała Spiska (Spišská Belá) wjechałem na ścieżkę rowerową, którą jechałem aż do skrzyżowania na Wysokie Tatry, gdzie zrobiłem kolejny postój. W międzyczasie zaczepiła mnie grupka turystów z pytaniem czy nie wiem gdzie jest jakaś tam góra (nie pamiętam dokładnie nazwy), oczywiście mówili po słowacku, co nie zmienia faktu, że to słowiański język, do których należy również polski, więc nie miałem problemu ze zrozumieniem, niemniej i tak im nie pomogłem, bo to nie moje okolice, i tak też odpowiedziałem. Kilkadziesiąt kilometrów dalej spotkałem Polaka na rowerze, który był od 3 dni w trasie wokół Tatr, tyle że objeżdżał je w kierunku odwrotnym do mojego.

Sądząc po wyglądzie okolicy, tym że teraz będę miał z górki, a miałem pod, i w dodatku widząc leżący śnieg we fosach, najprawdopodobniej był to najwyżej położony punkt odwiedzony przeze mnie tego dnia. Po chwili znalazłem się na skrzyżowaniu i nie wiedziałem gdzie dalej — było słabo oznakowane. Nie zdążyłem jeszcze kupić normalnej mapy Słowacji, a ta wydrukowana na kartce A4 była za mało szczegółowa. Zapytałem więc miejscowego, który akurat wjeżdżał na skrzyżowanie „którędy do Przybyliny”, i pojechałem dalej. W związku z tym, że zaczynało się ściemniać, a i gdzieniegdzie było widać biały puch, zmieniłem spodenki na spodnie, założyłem bluzę, i przez kilkanaście kilometrów jazda na luzie. Namiot rozbiłem kilka metrów w głębi lasu, zmęczony po całym dniu szybko zasnąłem.

Maksymalna prędkość: 61 km/h
Średnia prędkość: ~16 km/h

Dystans dnia: 143 km


Dzień 2 (niedziela, 29 kwietnia 2012)

Tym razem prawdziwa pobudka o szóstej, a nawet chwilę przed. Wszystko przez zimno, które nie dawało mi spać, przebudzałem się z tego powodu kilka razy, za każdym dokładając na siebie dodatkowe warstwy ubrań. Jakąż miałem przyjemność, gdy włączyłem moją minikuchenkę i poczułem ciepło ognia po zimnej nocy, a jeszcze większą, gdy wszamałem marny, ale przynajmniej ciepły posiłek w postaci zupek błyskawicznych. Następnie zapchałem jeszcze żołądek kromkami chleba, po czym spakowałem namiot i ruszyłem dalej. Już po chwili musiałem zmienić spodnie na spodenki i koszulkę z długim rękawem na krótki, gdyż słońce świeciło na bezchmurnym niebie i robiło się zwyczajnie za ciepło.

Około godziny dziewiątej byłem w Liptowskim Gródku (Liptovským Hrádoku), chciałem dokupić sobie jakieś picie, lecz wszystkie sklepy, z racji niedzieli, były o tej godzinie jeszcze zamknięte. Co prawda miałem jeszcze ponad litr, ale z tego co zdążyłem zauważyć, sklepy nie występowały tak często jak w mojej okolicy, tylko co kilkadziesiąt kilometrów, przynajmniej na mojej trasie. Jadąc dalej, w miejscowości Liptowski Mikułasz (Liptovský Mikuláš) spotkałem dwie Polki, również na rowerach, ale jak wcześniej spotkany rodak, jadące w kierunku odwrotnym.

Po wyjechaniu z miasta, dogonił mnie Słowak na kolarzówce, przez jakieś 10 km rozmawialiśmy, później wytłumaczył mi jak mogę dojechać na Kalameny dwiema różnymi drogami i życząc powodzenia pojechał w swoją stronę, a ja w swoją. Dojechałem do miejscowości Liptovská Teplá, wszedłem do baru, ponieważ sklepy wokół były nadal zamknięte. Sprzedawali tam głównie piwo, ale to nie znaczy, że nie mogę poprosić o wodę z kranu, którą zawsze dostaję bez opłat i tak było i tym razem. Dalej, już w miejscowości docelowej czyli Kalameny, kamienistą drogą, dojechałem do źródła termalnego. Zrobiłem sobie tam przerwę, zjadłem coś i wszedłem do wody. W miejscu z którego wypływała z ziemi, miała temperaturę około 30°C, gdy już się pomoczyłem i wyszedłem z tego kąpieliska, mimo iż słońce grzało, było mi zimno, na szczęście tylko chwilowo.

Po ponad godzinnej przerwie, ruszyłem dalej. Nie było żadnych oznakowań, ale miałem nadzieję, że jadę w dobrym kierunku, kawałek dalej po spotkaniu pieszych, zapytałem czy tą drogą dojadę do Dolnego Kubína i upewniłem się, że jednak jadę dobrze. Przez kilkanaście kilometrów „korbowałem” w górę między lasami, w końcu brakło mi wody, więc musiałem wziąć ją z pobliskiego potoku. Gdy już byłem u góry, zatrzymałem się na chwilę aby odsapnąć, zatrzymali się również rowerzyści, którzy wyjeżdżali pod tę górę z drugiej strony, wymieniłem z nimi parę zdań, po czym pojechałem dalej, tym razem w dół. Nie ujechałem nawet kilometra, bo złapałem kapcia, musiałem więc odkręcić koło i wymienić dętkę. Gdy już wszystko było gotowe, ruszyłem ponownie. Podczas zjazdu napotkany Słowaka na rowerze, żartując pytał czy mnie z domu wyrzucili, bo sakwami byłem obładowany. :)

Wjechałem na drogę oznakowaną jako R3, jak się później domyśliłem, sądząc po znakach ograniczenia prędkości do 100 km/h, była to droga ekspresowa. Prawdę mówiąc, na takiej drodze można czuć się bezpieczniej niż na normalnych krajówkach, z racji że posiadają pas awaryjny, po którym nie jeżdżą samochody, a „mogą” cykliści. Przez kilkanaście kilometrów jechałem bez kropli wody, skończyła mi się, a nie miałem skąd wziąć więcej. Oczywiście gdy tylko zobaczyłem zabudowania, w pierwszej kolejności szukałem sklepu lub baru aby uzupełnić wodę, lecz nie znalazłem. Podszedłem więc do pobliskiego domu, przy którym stały akurat jakieś kobiety, zapytałem jednej czy mogłaby mi nalać wody do bidonu, wzięła butelkę, zapytała nawet czy może być ze sokiem, oczywiście nie protestowałem. Dostawałem też przy tym pytania, skąd jestem, dokąd jadę, który to dzień drogi, itp. Ogólnie bardzo miłe panie, na koniec powiedziały żebym uważał na drogę i życzyły powodzenia, podziękowałem i pojechałem dalej w stronę Polski. Później, już w Dolným Kubínie, zaopatrzyłem się w picie, aby już tego dnia mi nie brakło, plus kilka bagietek. Szybko dojechałem do przejścia granicznego Trzciana — Chyżne i na powrót znalazłem się w ojczystym kraju.

W miejscowości Orawka byłem o godzinie około siódmej wieczorem, miałem już się zatrzymywać i rozbijać namiot, bo do domu pozostawało mi jeszcze około 80 km. Wtedy do głowy wpadł mi pomysł, żeby jednak nie rozkładać tego namiotu, a wrócić jeszcze tego dnia do domu, zmobilizowałem się i trochę przyśpieszyłem. Gdy się ściemniło, zrobiło się chłodniej, więc się zatrzymałem, nałożyłem trochę więcej ciuchów, przy okazji zjadłem 3 bagietki, po czym ruszyłem dalej.

W Rabce-Zdrój zrobiłem kolejny postój krótszy niż 5 minut, zjadłem tym razem 5 bagietek i znów pojechałem w stronę domu. W Mszanie Dolnej na stacji paliw, kupiłem kilka snickersów i dwulitrowy sok, jednak kupione wcześnie półtora litra jeszcze na Słowacji okazało się zbyt małą ilością płynów. Minąłem Limanową i wyjechałem na Wysokie, w domu byłem kilka minut po północy, ale raczej nie powinno się tego liczyć jako dzień trzeci. ^^

Maksymalna prędkość: 64 km/h
Średnia prędkość: ~22 km/h

Dystans dnia: 225 km


Wycieczka planowana na trzy dni, jednak nie dotrzymałem planu i zajęła dwa. Na drogę zapomniałem wziąć kremu z filtrem, co było moim wielkim błędem i po powrocie byłem biało-czerwony — miejsca przykryte ubraniem były białe, a te które na słońcu, łącznie z twarzą — czerwone.

Koszt całości, czyli wcześniej kupionego jedzenia i tego w drodze, to około 25 zł i niecałe 3 €. Ogólnie ciekawie spędzony weekend. Zdjęcia i mapa trasy w galerii.
Całkowity dystans: 368 km